Czarno to widzę…

Tytuł: Czarne jak moje serce
d_2819
Tytuł oryginału: Synkka niin kuin sydameni
Autor: Antti Tuomainen
Przekład: Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher
Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz S. C.
Liczba stron: 288
Data wydania: luty 2016

   Utajona walka w imię sprawiedliwości i nieokiełznana żądza zemsty doskonale wpisują się w spektrum najpopularniejszych motywów działania postaci literackich. To zaczyn fabularny zarówno maglowanych w szkole dramatów antycznych, jak i powieści wielkiego realizmu. Dodatkowo konstruowanie intrygi w oparciu o wzorzec makiawelistyczny niejednokrotnie, z ogromnym powodzeniem, uobecniło się na kartach literatury na przestrzeni epok. Zarysowany schemat akcji trąci przez to swoistą powtarzalnością. Z pewnością pospolitość opowiedzianej historii będzie rzutować na oryginalności projektu prozatorskiego Anttiego Tuomanainena, ale teraz jeszcze nie ma sensu czynić afrontu pod adresem autora.    Istnieje przecież względnie uniwersalny rezerwuar prymitywnych pobudek i instynktów towarzyszących człowiekowi w każdej epoce, niemal pod każdą szerokością geograficzną. W ponadczasowości tematów i motywów drzemie ogromny potencjał, który może zadecydować o atrakcyjności  świata przedstawionego. W tym doborze treści tkwi również ryzyko otarcia się o banał. Obawiam się jednak, że  podążanie jasno wytyczonym i przetartym szlakiem uniemożliwia czerpanie radości ze wspólnej wędrówki gościa i gospodarza, bo tymi słowy, nieco górnolotnie, można opisać tę krótkotrwałą, jednorazową relację pisarza z czytelnikiem.

   Prolog, podobnie jak w  przypadku pisarstwa Camilli Läckberg czy Yrsy Sigurðardóttir, ma za zadanie przyciągnąć atencję czytelnika. W partiach inicjalnych ukazano chaotyczne myśli kobiety zaatakowanej przez nieznanego napastnika, opisano też odniesione przez nią obrażenia, które w rezultacie doprowadziły do wygaszenia jednostkowej świadomości.  Znowu mamy więc do czynienia z niewyjaśnioną zagadką kryminalną z przeszłości, rozpatrywaną, jak to zwykle bywa, na różnych planach czasowych. Skoro zawiedli funkcjonariusze policji, syn zamordowanej kobiety, Aleksi Kivi, nie odnajduje oparcia w ustawionym prawie. W tych okolicznościach jako nastoletni outsider poprzysiągł sobie, że na własną rękę wyrówna porachunki z biznesmenem odpowiedzialnym  za śmierć matki.  Aleksi, będąc dojrzałym wiekowo mężczyzną, postanawia zaufać swojej intuicji i przygotować sprytną zasadzkę w wiejskiej rezydencji na Henrika Saarinena. Trzydziestokilkuletni stolarz jest zupełnie osamotniony w podjętej przez siebie misji, cierpliwość i determinacja w dążeniu do celu zdają się mu sprzyjać, lecz bywają takie momenty, chociaż jest ich jak na lekarstwo, że i czytelnikowi udziela się nastrój niepewności czy niepokoju przed zdemaskowaniem zamiarów „lisa i lwa” niczym w dobrym dreszczowcu. Mimo poczynionych wysiłków w kreowaniu mrocznej, nieprzeniknionej atmosfery, Fin pozostaje na bakier z warsztatową poprawnością rodem z podręcznika kreatywnego pisania. Niepodobna mówić o jakimkolwiek zagęszczeniu elementów zaskoczenia, bowiem sekwencja zdarzeń jest stosunkowo łatwa do przewidzenia.

   W powieści kryminalnej Czarne jak moje serce istotną rolę odgrywają miejsce i czas, tworząc powabną dla wyobraźni scenerię. Oszczędnie dozowane opisy przyrody ewokują niesamowity spokój. W tym obszarze intensyfikuje się na poły terapeutyczny aspekt lektury. Uruchamiają się sugestywne wizualizacje. Okazuje się wówczas, że na świecie nie ma nic piękniejszego od bezkresnego fińskiego drzewostanu mieniącego się jesienią kolorami przemijania na tle niewzruszenie zielonych świerków, a powolny spacer brzegiem piaszczystej plaży pozwala zrelaksować się i wyciszyć emocje. Istnieje jednak pewien dysonans między tymi kojąco oddziałującymi krajobrazami a topornie naszkicowanym jakby węglem drzewnym, pejzażem wewnętrznym w duszy bohatera. To ciągłe konfrontowanie aktualnego stanu ducha postaci z urokami aury staje się nie tylko narracyjnie przebrzmiałe, lecz także co najważniejsze z czytelniczego punktu widzenia: nużące w odbiorze.

   Książkowe blurby zwykle budzą moje zastrzeżenia, jako że jestem uodporniona nawet na najbardziej zawoalowane słowa zachęty do sięgnięcia po określoną pozycję. Tym razem nie mogę wyjść ze zdziwienia, że ktoś przy zdrowych zmysłach odważył się nazwać tę książkę najlepszą fińską powieścią kryminalną opublikowaną po dwutysięcznym roku. Mając żywo w pamięci cykl powieści o komisarz Marii Kallio pióra Leeny Lehtolainen, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wyrazić swój sprzeciw wobec tej sformułowanej na wyrost konstatacji.

Reklamy

2 myśli na temat “Czarno to widzę…

  1. Mimo ze recenzja nie do końca zachęca do sięgnięcia po tę konkretnie powieść, nabrałam wielkiej ochoty na skandynawski kryminał. Ten klimat… Od czasu przeczytania wszystkiego, co napisała Lackberg i kilku książek Horsta, nie miałam do czynienia z tym gatunkiem. Polecisz coś naprawdę godnego uwagi? Nie musi być nowość 😉 P.S. Ja akurat uwielbiam opisy, w których aura i przyroda koresponduje bądź kontrastuje z psychiką bohatera i wcale nie uważam podobnych zabiegów literackich za przestarzałe 😉 Szczególnie zapadła mi w pamięć pewna dość wiekowa już polska powieść „Zazdrość i medycyna” M. Choromańskiego. Psychizacja krajobrazu została tam tak odzwierciedlona, że po latach nadal mam te sceny przed oczami.

    Lubię to

    1. Zimą cudownie jest opatulić się kocem i sączyć grzańca w asyście prawdziwie porywającego kryminału. Polecam Twojej uwadze powieści wspomnianej we wpisie Leeny Lehtolainen, zwłaszcza „Kobietę ze śniegu” oraz „Spiralę śmierci”. Te dwie części cyklu wydało słowo/ obraz terytoria w serii Terytoria Skandynawii. Spójrz tylko na te zachwycające okładki! Poleciłabym Ci jeszcze siostrzany duet kryminalny: Camillę Grebe i Asę Traff („Spokój duszy”, „Bardziej gorzka niż śmierć”). Dobrze byłoby też zaaranżować wieczorek zapoznawczy z Åsą Larsson, ponieważ „Burza z krańców ziemi” doczekała się ekranizacji z Isabellą Scorupco w głównej roli. Ciekawe rzeczy dzieją się też w trzech tomach Miasteczka Palokaski J. K. Johansson… („Laura”, „Noora”, „Venla”). Od przybytku głowa nie boli, więc zaproszę też panów do tej uczty literackiej. Z „W bagnie” Arnaldura Indriðasona można się zapoznać dwojako, film na motywach powieści znakomity! „Wykolejony” Michaela Krefelda wywarł na mnie niezbyt dobre wrażenie, ale mimo wszystko jestem ciekawa rozwinięcia tej serii. Natomiast o zmarłych trzeba mówić dobrze, skoro komisarz Wallander nadal żyje w mojej wyobraźni. Ostatnio wydana została powieść-pogrobowiec: „Szwedzkie kalosze” Mankella jako kontynuacja „Włoskich butów”to też dobra lektura pod choinkę. 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s