Rozstać się, nie rozstać…

99c2cbecf7bfda910e6b1e9836e022dc

Tytuł: Zostawić Islandię
Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Liczba stron: 134
Data wydania: wrzesień 2016

 

Każdy z nas zna kogoś, kto mógłby swoim życiorysem obdzielić co najmniej kilka osób. Ten ktoś mógłby równie dobrze zebranymi w ciągu kilku dekad doświadczeniami zasilić pokaźnych rozmiarów powieść przygodową z awanturniczym przytupem. Umówmy się, że blaski i cienie życia na wariackich papierach podstrzelonego narwańca, który zawsze spada na cztery łapy, stanowią doskonały materiał nie tylko na dobrą publicystykę, lecz także na literaturę. Hubert Klimko-Dobrzaniecki o dziesięciu latach życia spędzonych w Islandii opowiada w ekstremalnie skondensowany sposób. Ale jak opowiada! Monologuje potoczyście ze wzrodzoną swadą i z niebywałą lekkością.  Z tak nieprawdopodobnym wigorem narracyjnym pointuje każdą przytoczoną historię, że aż chciałoby się usłyszeć oralną interpretację jego prozy w rozgłośni radiowej. Niewątpliwie pisarz ten (jak każdy zresztą obdarzony charyzmą gawędziarz) posiada unikalny dar zaciekawienia odbiorcy obojętnie jakim tematem.

Nie byłoby w tym absolutnie nic zdrożnego, gdyby nie przytłaczający przyrost, nadmiar, erupcja rozbuchanej autoekspresji. Wszędobylski egocentryzm aż kipi i wrze. I tu dotykamy sedna sprawy: w tekście funkcja emotywna bierze górę nad funkcją poznawczą. Znajdzie się i miejsce dla funkcji ludycznej, skoro anegdotyczny charakter tych skrzących się humorem opowiastek powoduje, że podmiot mówiący dystansuje się do rozważań oscylujących wokół metafizyki eschatologicznej. Innymi słowy: tom opowiadań Zostawić Islandię jest niesatysfakcjonujący pod względem kulturoznawczym, ponieważ wyraźniej wybrzmiewa w nim ton osobisty, autobiograficzny. Będzie to, bez wątpienia, odczytywane jako atut przez wielbicieli wyrafinowanego kunsztu literackiego, za to poszukiwacze żądni kulturowych smaczków pozostaną niepocieszeni. Da się, co prawda, z kilku luźno porozrzucanych dygresji wyłuskać szczątkową wiedzę o autochtonach, lecz autorowi nie przyświecała idea stworzenia pełnowartościowego, rzetelnego kompendium o życiu na oddalonej od Starego Konstynentu wyspie lodu, ognia i wody. Walor natury stricte dokumentacyjnej tkwi w inkrustowaniu tekstu głównego fotografiami, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w klasycznym bedekerze. Pojawiają się, zgodne z ustabilizowanymi wyobrażeniami o Islandii, ascetyczne, wysmagane wiatrem, deszczem i śniegiem pustkowia o wyjątkowo ubogiej faunie i florze, nie licząc koni (broń Boże kucyków) islandzkich i łąk ukwieconych fioletowo-niebieskim łubinem. Islandia uchodzi zatem za prawdziwy raj dla samotników, którym monotonną aurę rekompensują rozliczne źródła termalne. Według mnie zasadniczą wadą tekstu jest – przebijający spod kwiecistej formy podawczej – etnocentryczny ogląd przedstawianej rzeczywistości.

Abstrahując od specyfiki kosmopolitycznego środowiska, autor, mimo biegłej znajomości języka wikingów na szczeblu uniwersyteckim, najwyraźniej nie miał asymilacyjnych zapędów. Toteż stale czuje on potrzebę natrząsania się ze zgrzytów socjokulturowych, tym sposobem docinków nie skąpi mało taktownemu kelnerowi o przydomku Spierdalajson. Z kolei na płaszczyźnie porównawczej objawia się tendencja do opisywania tego, co nieznane przez pryzmat znanego, wskutek tego ogołocone z drzew islandzkie przestrzenie przypominają mu wałbrzyskie hałdy górnicze. Czytelnik ma szansę dowiedzieć się, dlaczego Islandczycy nie przepadają za filetem z wieloryba albo dorsza, dlaczego nie snobują się na koneserów wina, i dlaczego są życzliwie usposobieni dla innych nacji. W tak łopatologiczny i jajcarski sposób, godny Wojciecha Cejrowskiego, przybliżone zostają wyspiarskie kurioza. Jednych ta relacyjna zdawkowość zadowoli, a drugich nie.

Mimo niezaprzeczalnego uroku, który drzemie w stylu narracji, ośmielam się zauważyć, że Islandia jest tylko niewyraźnym tłem dla gawędziarskich popisów pisarza. Z niespotykaną pasją opowiada on o swojej islandzkiej szajbie, której początek datuje się mniej więcej na lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, kiedy pisarz jako chłopiec wypatrzył na puszce śledzi tajemnicze znaki diakrytyczne. W późniejszych latach Klimko-Dobrzaniecki oszalał na dobre na punkcie Islandii za sprawą przekładów dorobku twórczego powieściopisarza Halldóra Kiljana Laxnessa, laureata islandzkiej Nagrody Nobla z 1955 roku. Mieszkaniec Bielawy zapragnął studiować filologię islandzką, a jego zamiary spotkały się z licznymi wyrazami dezaprobaty. Dzięki młodzieńczej brawurze, wyrzeczeniom i pomyślnym splotom okoliczności udało się Hubertowi dopiąć swego. Zostawić Islandię jest dla mnie przede wszystkim ciepłą opowieścią o nieporzucaniu marzeń i radości płynącej z ich spełnienia.

Reklamy

2 myśli na temat “Rozstać się, nie rozstać…

  1. Klimko-Dobrzaniecki nie posługuje się prostacką polszczyzną, ale ma zbliżone poczucie humoru do Cejrowskiego. 😉 Miłośnik hawajskich koszul nie zaszedłby za daleko na Północ, bo ten lekkomyślny wyczyn groziłby mu odmrożeniem stóp…

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s