Na tropie żółtej peleryny

stalker_drukTytuł: Stalker

Tytuł oryginału: Stalker 

Autor: Lars Kepler

Przekład: Marta Rey-Redlińska

Wydawnictwo: Czarne

Liczba stron: 608

Data premiery: 27 lipca 2016 r.

Źródło: egzemplarz recenzencki

   Jako dziecko zakradałam się późnym wieczorem do pokoju telewizyjnego na dźwięk hipnotycznej czołówki Z archiwum X. Po zakazanym seansie nie mogłam zmrużyć oka na wypadek odwiedzin nieproszonych gości – istot z zaświatów i monstrualnych przybyszów z obcych planet. Kontakt z zakazaną grozą w kampowym wydaniu  powodował nie tylko gęsią skórkę, ale i skutecznie spędzał sen z powiek. Opowieści o duchach i żywych trupach nieprzerwanie zasilały moją wyobraźnię. Z biegiem lat, podobnie jak wszyscy, przekonałam się, że zmarłych czy kosmitów bać się nie należy, bo to żywi mogą siać postrach. Nie ma tygodnia, żeby w mediach nie pojawiły się mrożące krew w żyłach doniesienia o ofiarach zwyrodnialców wszelkiej maści. W końcu stymulowanie wrażliwości masowego odbiorcy polega na ciągłym podtykaniu mu pod nos z bezpiecznej odległości  (najlepiej zza drugiej strony ekranu) makabrycznych obrazów opatrzonych sensacyjnymi komentarzami. W ten sposób dochodzi wprost do „pornografizowania śmierci” – ciało zostaje pozbawione podmiotowości, zaś zainteresowanie gapiów ściągają rodzaj i mnogość obrażeń denata, o których beznamiętnie rozprawia lekarz medycyny sądowej.  W stan analogicznego zaciekawienia może wprowadzić powieść kryminalna. Czytelnik wciągnięty w wir fikcyjnych zdarzeń z serią morderstw w tle nie odróżnia iluzji od faktu, już samo epatowanie przemocą i motywami tanatycznymi uruchamia żywy, emocjonalny odbiór tego typu treści.

   Kiedy mierzi nas spokój i cisza, a nie chcemy opuszczać strefy komfortu w poszukiwaniu bodźców wywołujących nagły przypływ adrenaliny, wtedy z nieocenioną pomocą przychodzą kryminały. Pod wpływem lektury z niepokojem rozglądamy się na boki i nerwowo zagryzamy usta, chociaż w pobliżu nie czyha na nas żadne niebezpieczeństwo. Przez Stalkera Larsa Keplera (właściwie Alexandra Ahndorila i Alexandry Coelho Ahndoril) nie raz najadłam się strachu, wypatrując za oknem postaci spowitej w żółty płaszcz przeciwdeszczowy. Szwedom ten sztormiak, jak na ironię, kojarzy się z peleryną rybaka z norweskich Lofotów. Tytułowy prześladowca z niewiadomych powodów upatrzył sobie kobiety, które zabija po kolei z wyjątkowym okrucieństwem w ich własnych domach, zbierając trofea i nadając teatralne pozy brutalnie okaleczonym zwłokom. Widowiskowość popełnianych zbrodni zdają się podkreślać przekazywane policjantom, Adamowi Yousselfowi i Margot Silverman, amatorskie nagrania z kamery. Oboje błądzą jak dzieci we mgle bez pomocy komisarza Joony Linny, który mógłby zawstydzić wszystkich superbohaterów razem wziętych. Z anonimowo dostarczonych nagrań wynika, że groźny wojerysta, zanim znienacka przystąpił do ostatecznych ataków, obserwował z ukrycia przyszłe ofiary zaabsorbowane codzienną krzątaniną. W toku śledztwa wychodzi na jaw, że specyfika dokonanych czynów wykazuje zaskakującą zbieżność z morderstwem Rebecki Handson sprzed dziesięciu lat. Sceny uśmiercania kobiet skonstruowano z tak ogromnym pietyzmem, że aż włos mi się zjeżył na głowie, a po plecach przebiegły nieprzyjemne dreszcze.  Te same emocje towarzyszyły mi podczas oglądania Lśnienia Kubricka, kiedy w kluczowej scenie ogarnięty żądzą zabijania Jack próbuje wyrąbać siekierą drzwi.

   Nie ustawiam wysokiej poprzeczki gatunkowi należącemu do literatury popularnej. Wymagam jedynie wciągającej historii z charakterystycznym dla powieści detektywistycznej suspensem i dobrze skonstruowanym tłem obyczajowym. Szwedzkich smaczków zbyt wiele nie da się z tego tekstu wydobyć poza silnie wybrzmiewającym antyklerykalizmem i opisami sztokholmskich nizin społecznych. Znacznie łatwiej wychodziło mi rozsmakowywanie się w urodzie językowej przekładu. Zindywidualizowany styl wypowiedzi pozostaje w zgodzie z uposażeniem psychologicznym postaci – Eric Maria Bark sprawnie posługuje się mową środowiska zawodowego, a Rocky Kyrklund mówi rwanymi zdaniami podczas seansu hipnotycznego. W tym labiryntowym układzie fabularnym ze ślepymi korytarzami prawdziwą wisienką na torcie okazuje się jednak element zaskoczenia poprzedzony grą z wyobrażeniami dotyczącymi tożsamości sprawcy w żółtej pelerynie. Tak to z kryminałami już bywa, że wiele szczegółów związanych z fabułą wywietrzeje mi z pamięci już po kilku dniach od zakończenia lektury, lecz tym razem ubytki we wspomnieniach zrekompensują mi niezapomniane wrażenia związane z oddziaływaniem tekstu na wyobraźnię.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarne.

czarne_logo_pelne

Reklamy

11 myśli na temat “Na tropie żółtej peleryny

    1. Nie lubię pisać o tym, co robi ze mną tekst, ale w tym przypadku pisanie o spektrum emocji, jakich dostarczyła mi lektura, okazało się nieuniknione. Serdecznie Cię pozdrawiam 🙂

      Polubienie

    1. Nie dziwię się, bo ten kryminał jest straszny, ale w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo ma spotęgować w nas reakcje lękowe. 🙂

      Polubienie

  1. Keplera jak dotąd czytałam tylko „Piaskuna”, który bardzo mi się podobał. Mam ochotę na ponownie spotkanie z tym autorem, a raczej – jak zaznaczasz – autorami 🙂 P.S. Zadziwia mnie fenomen kolektywnego pisania. Ja bym tak nie umiała 😉

    Polubienie

    1. Nie zawsze dobrze wypadają książki, które mają zbyt wielu rodziców. 🙂 Takim niewypałem była dla mnie trylogia kryminalna J. K Johansson z mocno naciąganymi aluzjami fabularnymi do Miasteczka Twin Peaks. 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s